Wiele, wiele lat temu, gdy mrok spowił już nadmorskie domostwa, w progach jednej z zagród w Robach stanął zmęczony wędrowiec. Był to mężczyzna chudy, o niezwykle długiej, czarnej brodzie i oczach, które zdawały się nieustannie błądzić po horyzoncie. U jego nogi cicho kroczył pies o sierści czarnej jak smoła. Przybysza przyjęto w domu rolnika. Zapytał o drogę do Regoujścia, tętniącego życiem portu u ujścia Regi. Gdy jednak usłyszał, że polne ścieżki są rozmiękłe, a wysoka woda czyni przeprawę niebezpieczną, poprosił o nocleg. Gospodarze, słynący z gościnności, przyjęli go pod swój dach. Po kolacji, gdy w izbie zapłonęły łuczywa, kobiety zabrały się do robienia zakwasu. Podczas wyrabiania ciasta, kawałek masy upadł na podłogę. Czarny pies natychmiast do niego przeskoczył i zaczął lizać kleiste ciasto. Jedna z dziewcząt, oburzona, chciała odepchnąć zwierzę stopą. Wtedy nieznajomy podniósł wzrok i powiedział głosem niskim, pełnym powagi:
– Nie kop psa, dziewczę. On może uratować życie tobie i wielu innym ludziom!
Kobiety wymieniły rozbawione spojrzenia i wybuchnęły śmiechem, biorąc te słowa za czcze brednie dziwnego wędrowca. Przed snem nieznajomy miał tylko jedną prośbę:
– Obudźcie mnie, proszę, przynajmniej na godzinę przed pierwszym pianiem koguta. Muszę zdążyć do celu.
Dziewczęta obiecały, zaklinając się na wszystko, że nie zmrużą oka. Jednak sen, ciężki i nieubłagany, zmorzył je tuż nad ranem. Obudził ich nie budzik, lecz przeraźliwy krzyk niosący się z zewnątrz. Wybiegły przed chatę i zamarły. Bałtyk, dotąd odległy, teraz był wszędzie. Wielka powódź nawiedziła wybrzeże, a spienione fale wdzierały się już do wioski. Na północy, tam gdzie jeszcze wczoraj dymiły kominy bogatego Regoujścia, rozciągał się tylko bezkresny, szumiący żywioł. Miasto zniknęło. Hałas wyrwał ze snu także nieznajomego. Widząc tragedię, wybiegł nad brzeg wzbierającej wody. Zawołał swojego psa i nakazał mu lizać nadciągającą falę. Stał się cud – w miejscu, gdzie język zwierzęcia dotykał wody, jej poziom przestał rosnąć. Przypływ uspokoił się, a morze, niczym skarcone zwierzę, zaczęło powoli ustępować. Ale dla Regoujścia było już za późno. Bogaty port, ze swoimi domami, podwórzami i portowymi dźwigami, spoczął na dnie. Była to kara niebios za pychę jego mieszkańców. Regoujście miało wybrukowano główną ulicę srebrnymi talarami, podczas gdy biedni przymierali głodem pod ich drzwiami. Dzieci bogaczy rzucały w siebie bułkami, a dorośli, upojeni luksusem, zapomnieli o Bogu i pokorze. Mieszkańcy Regoujścia pławili się w luksusie, który z czasem odebrał im zdrowy rozsądek. Gdy słońce stało wysoko w zenicie, bruk migotał oślepiającym blaskiem, bo – jak szeptano w sąsiednich miejscowościach – każda kostka pod kopytami koni była wykonaną ze szczerego srebra monetą. Pycha mieszczan nie znała granic: gdy latem zapragnęli przejażdżki saniami, nie czekali na śnieg, lecz kazali wysypywać srebrne trakty piaskiem, by płozy mogły gładko sunąć w palącym słońcu. W sercu miasta wznosił się wspaniały kościół, którego dzwony niosły się hen, po sam horyzont, a wnętrze ociekało złotem i drogimi kamieniami. Regoujście łączyła z inną legendarną metropolią, Winetą, potężna kamienna grobla biegnąca wzdłuż wybrzeża – droga królów i kupców. Tylko jeden pobożny człowiek zdołał uciec z tonącego miasta, czując w sercu nadchodzący gniew Boży. Nieznajomy z czarnym psem chciał ratować wszystkich mieszkańców – chciał zdążyć przed żywiołem i zatrzymać wodę u samych bram miasta. Gdyby tylko dziewczęta z Robów dotrzymały obietnicy i obudziły go na czas, Regoujście nie stałoby się ofiarą morskich odmętów. Dziś, gdy morze jest wyjątkowo spokojne, starsi ludzie powiadają, że spod tafli wody wciąż słychać bicie dzwonów miasta, które zatonęło przez chciwość i zbyt twardy sen dwóch dziewcząt.